Rewolucja Madryt

Rewolucja Madryt

Futbol to cykle. Roczne, dwu, może 3 letnie. Futbol to też paradoksy. Bo jak inaczej nazwać to, co się stało w Realu Madryt? Po najlepszym – 2017 roku w historii klubu i 5 trofeach, drużyna Zizou w grudniu pożegnała się z LaLiga, a w styczniu z Copa del Rey. Abstrahując od 3 triumfu z rzędu w Champions League, w Madrycie zapowiada się rewolucja. Rewolucja najdroższa od kiedy Florentino Perez w 2009 znowu został presidente Los Blancos. Już bez lidera, bez Zizou, ale z Julenem Lopeteguim. 

La Crisis

Sierpień 2017. Po przegranym dwumeczu Superpucharu Hiszpanii, Gerard Pique, nieformalny rzecznik FC Barcelony, idol cules, ogłasza: „Po raz pierwszy od 9 lat poczułem, że Barca jest słabsza od Realu Madryt. Szczerze. Logicznie również. Z Barcy uciekł do Paryża Neymar. Sprowadzono z Chin Paulinho, z Dortmundu Dembele, ale ogłoszono fiasko w negocjacjach o Coutinho. W między czasie socies składali podpisy pod wotum nieufności wobec zarządu klubu, a w Katalonii wybuchł separatystyczny chaos, zagrażający klubowi rozwód z LaLiga.

Los Blaugrana byli na antypodach sukcesów Realu. Gdzie są dziś, wystarczy zerknąć na ligową tabelę 2017/18 i klasyfikację El Pichichi. Zresztą oba kluby zawsze są na przeciwległych biegunach. Kiedy w jednym jest sielanka, w drugim kryzys. I na odwrót. Nigdy Real i Barcelona nie żyły, i żyć nie będą w symbiozie pełnego szczęścia. Dlatego kolejny sukces Realu w Champions znowu, nieznacznie przychylił szalę na stronę Madrytu. Ale po kolei.

Real w sierpniu 2017 rozegrał swoje najlepsze mecze sezonu. Dwukrotni mistrzowie Europy z rzędu, mistrzowie Hiszpanii po 5 latach przerwy. Nie tylko wygrywali trofea. Robili to ze stylem i przekonaniem o własnej wartości. Do tego stabilność dojrzałego składu i ławka wypchana 21-24 letnimi talentami. To miał być projekt na lata. Ale w piłce na tym poziomie każdy projekt ma sens tylko jeśli podparty jest wynikami. Kiedy wyników nie ma – zaczyna sypać się jak domek z kart. Remis z Levante, pierwsza porażka na Bernabeu z Betisem, wpadka z Gironą. Real w dwa miesiące wpadł w spiralę braku skuteczności, wątpliwości, braku motywacji w Hiszpanii nazywanego – syndromem „barriga llena” (pełnego brzucha). Pełnego brzucha sukcesów. Głodnego tylko w europejskich rozgrywkach, przy nutach Tony’ego Brittena.

Poza Isco nikt z podstawowego składu nie utrzymał w lidze formy z poprzedniego sezonu. Nie mówiąc już o jej poprawie. Keylor zaliczał wpadki i kontuzje. Obrona przestała być szczelna i zdrowa. Marcelo, wciąż frywolny w zadaniach defensywnych, przestał być motorem napędowym w ofensywnie. Ramos, Carvajal i Varane – przeciętnej formy nie potrafili wyprostować, bo kontuzje lub kartki im w tym przeszkadzały. To wielozadaniowy Nacho był najpewniejszym obrońcą Realu. W pomocy nie było lepiej. Poza pojedynczymi meczami – serce (Modrić/Kroos) i płuca (Casemiro) Realu miały bardzo przeciętną rundę. Do nich od grudnia dopasował się wspomniany Isco, progres Asensio wyhamowały coraz krótsze szanse na grę od Zizou. I bardzo wysoka poprzeczka, którą sobie Marco zawiesił.

Największa zapaść nastąpiła jednak w ataku. Benzema nie tylko nie strzelał goli, ale przestał również nadawać sens akcjom Realu. Cristiano skuteczność odzyskał dopiero wiosną. Bale nadal więcej czasu spędzał z fizjoterapeutami niż kolegami z drużyny. A jeśli już to z wysokości ławki.

Statystycznie Real (liczba zwycięstw, punktów, goli) rozgrywał najgorszy ligowy sezon od 11 lat. Nigdy w swojej 116-letniej historii nie wygrywał tak rzadko na Bernabeu (50% spotkań we wszystkich rozgrywkach). Mimo iż stwarzał sobie najwięcej sytuacji w całej LaLiga (348 w 18 pierwszych meczach), to drużyna kompletnie straciła pewność siebie pod bramką rywala. Fizyczny dołek w drugich połowach przypieczętowała klęska 0:3 w El Clasico z Barcą. Brak planu B, którym tam umiejętnie żonglował Zizou w ubiegłym sezonie, potwierdziły remisy z Fuenlabradą, Numancią oraz porażka z Leganes. Nikt nie zastąpił solidności Pepe, Ceballos jeszcze nie jest Jamesem, a Mayoral pewnie nigdy nie będzie Moratą. Real miał słabszą kadrę niż w ubiegłym sezonie, ale wciąż wystarczającą silną, żeby nie odpaść z 2/3 rozgrywek w styczniu. Kto za tym stoi? Kto wziął na siebie winę?

Real Champions

Wszystkie oczy – mediów i kibiców Realu – zwrócone były na Zinedine’a Zidane’a. I Zidane zagrał all-in. Postawił wszystko na jedną kartę w dwumeczach z PSG, Juve i Bayernem. Nie zawahał się rozbić BBC i posadzić 100-milionowego Bale’a na ławkę w topowych meczach sezonu. Nie zawahał się dać więcej minut i podstawowy plac Asensio lub Lucasowi. Isco też nie zawsze był w podstawowej jedenastce. Znowu wypalił odważny, autorski plan ZZ.

Wszyscy, dosłownie wszyscy piłkarze, którzy zawodzili w LaLiga, w Champions League – grali bardzo dobrze i szczęśliwie. Cristiano wbijał gole seryjnie, Marcelo rozgrywał, podawał i strzelał, Keylor zaliczył kilka kluczowych parad, środek pola z Casemiro, Kroosem i Madriciem odzyskał błysk. Z ławki ogromną jakość, gole i asysty wniósł duet: Asensio-Lucas. Nawet Benzema i Bale – po najgorszym sezonie od kiedy trafili do Realu – okazali się kluczowymi piłkarzami w wygranym 3:1 finale LM z Liverpoolem. W Europie ogłoszono kolejny rok panowania królewskiej dynastii Realu Madryt. 3 Ligi Mistrzów z rzędu, 4 w 5 ostatnich sezonach. 7 w ostatnich 20.

Nikt o odejściu Zidane’a nawet nie myślał. Wielka rewolucja miała skończyć się kilkoma retuszami w bramce, obronie i ataku. Aż 31 maja wybuchła bomba…

Gracias Zizou

#FeliZidane (Szczęśliwy Zidane) „hashtagowali” kibice i madryckie media po triumfach i wpadkach Realu. Bo uśmiech na twarzy Zizou pojawiał się i nie znikał na konferencjach prasowych przed i po każdym meczu. Niezależnie od pory dnia i roku – trener Real zawsze był w wybornym humorze. Trudno się mu dziwić, skoro w dwa lata wygrał 8 na 10 możliwych tytułów (średnio co 14 meczów), a dwa wcześniejsze poświęcił na bezskuteczne wyciągnięcie rezerw Realu z III ligi.

Ciężko pojąć fenomen Zizou, więc ludzie zaczęli tłumaczyć niewytłumaczalne hiszpańskim powiedzeniem „tener una flor en el culo” (dosłownie: „mieć kwiat w tyłku”, a potocznie – mieć szczęście). Coś w tym jest, zwłaszcza jeżeli Real wygrał i zremisował kilka ważnych spotkań w końcowych minutach (głównie po główkach Ramosa). Ale każdy kwiat kiedyś więdnie. Zizou też zaczął nie radzić sobie z sytuacją, kiedy zabrakło mu wody. Na liście skarg i zażaleń hiszpańskiej prasy znalazły się:

  • Drużyna źle przygotowana do sezonu pod względem fizycznym (powracających argument z letnimi tournee)
  • Przywiązanie do nazwisk z Benzemą na czele (brak zaufania do młodych rezerwowych)
  • Brak pomysłów taktycznych na odwrócenie niekorzystnego rezultatu (flirt z 3-5-2 z Gironą nie wypalił)
  • Późne, często nietrafione zmiany
  • Brak rozpracowania taktycznego rywali (zwłaszcza tych pokroju Girony i Leganes)

14 lutego Zidane rozpoczął zagrywkę all-in z PSG. Wbrew prognozom (ale zgodnie z historycznymi wyczynami kryzysowego Realu w LM), Zizou bezsprzecznie ograł Emery’ego, a później już mniej wyraźnie Allegrego, Juppa i na koniec dobił Kloppa dzięki znowu „kariusowemu cudowi”. Jako pierwszy w historii futbolu trener wygrał trzy Ligi Mistrzów z rzędu. Po czym… zupełnie niespodziewanie ogłosił dymisję. Szok. Rozwód po 2,5 roku z Realem. Kiedy był piłkarzem, również ogłosił koniec kariery rok przed końcem kontraktu z Los Blancos. Na swoich zasadach. Introwertyk. Legenda. A ich decyzji się nie kwestionuje.

Klub potrzebuje zmiany, nowego trenera, nowego przekazu, metodologii pracy, żeby mógł dalej wygrywać. A po prawie 3 latach zauważyłem, że z tą drużyną mogę przestać wygrywać. Mój przekaz naturalnie się wyczerpał. A bez niego nie ma sensu kontynuować  – tłumaczył decyzję Zidane na pożegnalnej konferencji prasowej w Valdebebas

Do niedawna kolejne potknięcia Realu w lidze i pucharach Francuz bagatelizował. Teksty w stylu „zagraliśmy dobry mecz tylko zabrakło szczęścia” w 2018 zostały wymienione na „to ja jestem temu winien, to moja klęska”. Ale już w lutym, po wygranym meczu z PSG, Sergio Ramos stwierdził pół żartem, pół serio: „A może Zizou wygra po raz trzeci Ligę Mistrzów i będzie chciał odejść”.

Kiedy Zizou dostrzegł najmniejszy sygnał, że jego największa trenerska zaleta – dotarcie do ego gwiazd i scalanie swoją marką całej szatni – przestała przynosić efekt, ogłosił odejście. Blamaż z Leganes w Pucharze Króla i 17 punktów straty do Barçy w lidze – przelały czarę goryczy. Od końca stycznia w głowie Zizou zamieszkał pomysł o odejściu z Realu. I nie wyrzucił go nawet triumf w Kijowie. To LaLiga, wbrew pozorom, była zawsze dla Francuza najważniejszymi rozgrywkami. Motywacja Zizou przyniosła pozytywne skutki tylko w pojedynczych, choć tych najtrudniejszych meczach sezonu w Lidze Mistrzów. Madridismo, okropny wydawało się sezon, kończyło petardami na Plaza de Cibeles.

Ale nowy sezon, to nowe wyzwania. I kolejne trofea do wygrania. A poza Pucharem Króla Zidane z Realem wygrał wszystko. Dlatego w nadchodzących rozgrywkach ryzyko porażki było ogromne. Tym bardziej, że prawa do pierwszego składu latem zaczęliby rościć Asensio, Lucas. Trzeba byłoby się rozstać z Bale’em, posadzić na ławkę rodaka Benzemę, dalej znosić humory Cristiano. Zizou, żeby dalej utrzymywać głód sukcesu w szatni musiałby wymienić połowę składu. A jak to zrobić, patrząc w oczy piłkarzom, pretorianom, którzy wygrali mu 3 Ligi Mistrzów z rzędu? Niech rewolucję przeprowadza inny. Guardiola, kiedy żegnał się z Barçą 6 lat temu. czuł się podobnie. Mentalne zużycie materiału i zbyt duży szacunek, żeby ruszyć tych nietykalnych.

Zizou odchodzi nagle, ale z klasą. Na szczycie. Bez wiekowej spuścizny Guardioli, bez taktycznych dogmatów Sacchiego. Odchodzi jako wielki Ganador. Zwycięzca 9 na 13 możliwych tytułów. Adiós szczere, eleganckie. Skromne. Taki, jaki był na każdym treningi, konferencji, strefie mieszanej. Takim był też piłkarzem. Uśmiech, pragmatyzm i szacunek całego otoczenia. Zizou przyznał nawet, że musiał kłamać dziennikarzom w marcu a propos swojej przyszłości w klubie, żeby nie wybuchła bomba w mediach i szatni. To było adiós bez przyssania do ławki, bez drugiego dna. Odchodzi zmęczony, żeby było jeszcze lepiej. Nie jemu, ale klubowi. On co najwyżej odetchnie, odpocznie i może już wkrótce przejmie reprezentację Francji. A może Juventus za rok?

Odejście Zidane zostawia w klubie i wśród madridistas ogrmną pustkę. Nie do wypełnienia. Co było widać na twarzy Florentino Pereza (przez 2 godziny bezskutecznie próbował przekonać Zizou do pozostania). Nie ma dziś na świecie piłkarza a zarazem trenera i legendy, który tak dużo zrobił dla Realu. I tak bardzo utożsamiał jego najszlachetniejsze wartości. Następca Francuza będzie miał kosmicznie trudne zadanie. Wejść w buty legendy klubu i w dodatku zmierzyć się jego gablotą trofeów, to wyzwanie dla nielicznych.

Faworytem na następcę był Mauricio Pochettino. Klub z Madrytu miał doskonały raport o Argentyńczyku: świetna praca z wychowankami, promocja, dobra analiza taktyczna, potrafi prowadzić gwiazdy, bez polemik medialnych no i przede wszystkim anticule („Prędzej niż do Barçy, poszedłbym pracować na moje argentyńskie gospodarstwo” – przyznał Poch). Numer 1 na liście Florentino i Jose Angela Sancheza, nawet po przedłużeniu kontraktu z Tottenhamem. Ale negocjacje z szefem „Kogutów”, Danielem Levy’ym zanim na dobre się rozpoczęły, skończyć się musiały.

Wysłannik Realu usłyszał w Londynie stanowcze: No. Nawet jeśli Argentyńczyk był skłonny z oferty Realu skorzystać. Z drugiej strony Florentino nie chciał zwlekać i prowadzić z Tottenhamem kolejne wielotygodniowe negocjacje (vide Modrić i Bale). Najłatwiejszą teoretycznie opcją (ale na dziś wciąż nierealną) było postawienie na domowe rozwiązanie – Gutiego. Niby podobny brak doświadczenia na najwyższym poziomie (2 sezony z Juvenil A) jak Zizou 3 lata temu, ale też mniejszy posłuch w szatni i mniej odporny na stres charakter. Pozostali medialni kandydaci, albo kategorycznie sami odmówili: Loew i Marcelino, albo aktualny projekt klubowy dawał im większe bezpieczeństwo i wciąż ciekawe cele (Allegri, Klopp). Albo wciąż nie mieli jasnej sytuacji kontraktowej (Conte, Sarri – kontrakt z Napoli). Wybór, niczym bombazo, padł na selekcjonera reprezentacji Hiszpanii przybywającego na MŚ 2018 w Rosji. Z mundialu, który został wyrzucony przez szefa hiszpańskiej federacji kilkanaście godzin po informacji o komunikacie Realu.

To 51-letni Julen Lopetegui został nowym szefem projektu Los Blancos. Bask dostał umowę do 2021 roku i zadanie przeprowadzenia wcale nie takiej słodkiej rewolucji. Julen zna Casa Blanca – 5 lat jako bramkarz w rezerwach i I drużynie oraz 3 lata – jako szef skautów i trener rezerw. Jako trener klubowy nie osiągał sukcesów z Rayo, Realem Madryt Castilla czy FC Porto. Ba, nigdy nie prowadził drużyny w hiszpańskiej Primera Division. Ale na pewno ma ogromne doświadczenie w pracy z hiszpańskimi reprezentacjami – U19, U-21 (z oboma wygrał Euro), a także z dorosłą kadrą (20 meczów z rzędu bez porażki).

Jest trenerem wciąż młodym, nowoczesnym, odważnym taktycznie i radzącym sobie z ego gwiazd w szatni. Ma doskonały kontrakt z kadrowiczami Real (Ramosem, Isco, Asensio, Carvajalem, Lucasem i Nacho), a może też okazać się kluczowym elementem w zakupie Odriozoli i na przykład De Gei. Czas pokaże czy Lopetegui dostał klucze do rewolucji czy wykałaczkę do dziurki od klucza. Ma papiery na wykonanie dobrej roboty, a jeśli się nie uda… W akademii La Fabrica do Gutiego, od lipca dołącza dwóch nowych trenerskich adeptów. Raul Gonzalez Blanco i Xabi Alonso. Obaj już od lat 2019 mogliby przejąć stery I drużyny Realu.

Bramkarz, stoper i napastnik

185 milionów euro oszczędności w klubowym sejfie ma Real Madryt (tak wynika z ostatniego podsumowania finansowego za sezon 2016/17). Do tego trzeba doliczyć budżet transferowy i ewentualne wpływy ze sprzedaży któregoś z obecnych piłkarzy Los Blancos (Bale’a przede wszystkim). Minimum 300M€ na letnią rewolucję transferową. Oczywiście jeżeli do życia nie wejdzie nowy podatek od luksusu, który przygotowuje UEFA (Komitet Wykonawczy miał nad nim głosować 24 maja). Ostatecznie nie został on wprowadzony, ale każdy wydatek netto ponad 100M€ trafi pod lupę CFCB – komitetu kontroli finansowej UEFA.

Według jej zasad, gdyby Real chciał dysponować na rynku transferowym sumą 300M€, wcześniej musiałby się pozbyć piłkarzy za 200M€. Ale – jak mówił Che Guevara – zostawmy dywagacje i zajmijmy się rewolucją. Florentino zostały 3 lata kadencji, czas na wielkie zakupy. Najdroższe od 9 i największe od 4 lat. Bernabeu chce nowych twarzy.

Transfery Real Madryt

Marzeniem Realu od lata ubiegłego roku jest Neymar. Neymar i tylko Neymar. To on ma być twarzą nowego projektu Realu. Dopóki Brazylijczyk nie trafi na Concha Espina, z Realu na pewno nie ruszy się aktualny totem – Cristiano. Nawet jeśli 3 minuty po wygranym finale z Liverpoolem sugerował koniec 9-letniej przygody z Realem. Z daleka pachnie dobrze przemyślaną, choć egoistyczną, kampanią Cristiano o ostatni, rekordowy kontrakt w karierze.

Oczywiście Real puka do drzwi PSG od kilku miesięcy, pyta o cenę, ale za każdym razem Al-Khelaifi stanowczo odmawia. Ciągle przyznaje, że Neymar zostanie w Paryżu na „1000 lub 2000 procent”. Sam piłkarz twierdzi, że w stolicy Francji „jest szczęśliwy”. Koniec. Kropka. Ale… plotek, takich jak ta z „El Pais” Diego Torresa o rzekomej klauzuli prywatnej między piłkarzem z Al-Khelaifim (300M€ przed 1 września 2018), nigdy do końca nie można traktować tego ze śmiechem. Kiedy o przyszłości Neymara Juniora decyduje Neymar Senior musisz być gotowy na każde rozwiązanie. Każdą klauzulę. Nawet jeśli szanse na ściągnięcie Neya w tym roku są niewielkie. W medialną wymianę Neymar-Cristiano: nie wierzę.

Jeśli nie Neymar to kto? Real złożył ofertę AS Monaco 180M€ za Mbappe, ale Francuz wybrał mniejsze ryzyko, wygodniejszy projekt, rodzinny Paryż oraz pewny plac za 18M€ pensji. Z perspektywy czasu, rozwoju talentu Kyliana i formy BBC, można zastanawiać się nad ewentualnym błędem negocjacyjnym Florentino. Oczywiście do naprawienia w najbliższych latach.

Bez Neymara i Mbappe, których transfery do Realu, wydają się być odroczone w czasie, plan Realu zakłada sprowadzenie 3 topowych piłkarzy. Na 3 pozycje – bramkarza, stopera i napastnika. Plus dwóch ewentualnych zmienników Marcelo i Carvajala na bokach obrony. Tu wchodzimy w sferę spekulacji, gustów i smaków. Każdy może się zabawiać, każdy może mieć swoje mocne argumenty. Ja za 300 „baniek” sprowadziłbym Courtoisa, Odriozolę (Nacho zostaje na stoperze, Achraf idzie na wypożyczenie) i Lewandowskiego (mimo rychłej 30-stki). Ktoś inny pójdzie innym tropem i wybierze De Geę, Eriksena i Salaha. Jeszcze inny postawiłby na Oblaka, Hazarda i Kane’a. Do wyboru, do koloru.

Bramkarz

Real szuka następcy Keylora. Kostarykańczyk bardzo dobre rundy wiosenne przeplata z przeciętnymi jesiennym. Do tego coraz częściej dokuczają mu kontuzje. Z drugiej strony jest jego parady są decydujące w kluczowych meczach Ligi Mistrzów. Jest też bardzo lubiany w szatni i ma wysokie notowania u Zizou.

Następca lub rywalem Keylora ma być młodym golkiperem z absolutnego, światowego szczytu. Los Merengues byli dogadany od jesieni z Kepą Arrizabalagą z Bilbao. Klub pytał Athletic o możliwość ściągnięcia go już w styczniu za 20M€ (latem kończył mu się kontrakt), ale ostatecznie sprawa upadła. Kepa przedłużył kontrakt z Athletikiem, ma duże szanse na wyjazd na MŚ 2018 i klauzulę wartą 80M€. Oficjalnie Real zrezygnował z bramkarza z powodu przedłużającej się kontuzji i weto Zidane’a.

Latem Real będzie starał się o Courtoisa, Alissona z Romy i po zatrudnieniu Lopeteguiego – ponownie o De Geę. Belg chce wrócić do Madrytu, gdzie mieszka dwójka jego dzieci. Cena będzie zależeć od tego czy Thibaut przedłuży z Chelsea kontrakt upływający w czerwcu 2019. Podobna sytuacja jest z De Geę, którego mendeżerem jest Mendes, współpracujący z kolei blisko z agentem Lopeteguiego. Mówi się o minimum 60M€. Cena w przypadku Brazylijczyka jest wyższa (80-90M€).

Stoper

Zapytacie – po co Realowi stoper, skoro ma 4? Okazuje się, że Vallejo nie wypełnił brakującej luki po Pepe. Nie z powodu swojego wieku, braku doświadczenia czy urazów. Chodzi o absencje Ramosa i chroniczne kontuzje Varane’a (Francuz nie jest w stanie rozegrać więcej niż 5 meczów z rzędu – choć wiosną 2018 był i zdrowy i pewny na boisku). Nieśmiertelny Nacho musi łatać dziury na środku i bokach obrony. Real latem chce sprowadzić stopera, który poza formą będzie w stanie rozegrać 40-50 meczów w sezonie. Mówi się wykupieniu Jose Gimeneza z Atletico za 65M€ (klauzula odstępnego).

Napastnik

Tu wachlarz niewiadomych i możliwości był największych. Jedno jest pewne na 100% – Real przed 1 września będzie miał nowego napastnika. Dlaczego niewiadomych? Benzema w ostatnim miesiącu odzyskał formę i poprowadził Real do 13 Ligi Mistrzów w historii. W praktyce Francuz był pierwszym obok Bale’a piłkarzem na liście do opuszczenia Madrytu.

Szanse na sprzedaż Bale’a po finale w Kijowie są mniejsze, ale w przypadku dobrej oferty z Premier League nikt w Madrycie Walijczyka zatrzymywać nie będzie. Sprawa Cristiano jest prosta. A to znaczy, że… skomplikowana. Portugalczyk chce zarabiać dwa razy więcej niż dotychczas (22M€) tak żeby z podwyżki, w razie porażki w sądzie, spokojnie pokryć grzywnę i nieodprowadzone podatki od praw do wizerunku (w sumie 30M€).

I przy okazji nie zostać daleko za plecami Messiego i Neymara w zarobkach. CR7 powtórzył ubiegłoroczną wiosnę w LM, i mimo braku gola w kijowskim finale, egoistycznie zasugerował odejście z Realu. Spadła bomba. Rozpętała się medialna burza. Ostatecznie Florentino podwyżkę 33-latkowi dać będzie musiał. W przeciwnym razie, Portugalczyk jest skazany na ostudzenie swoich żądań. Ale o transferze nie ma mowy. Obie strony mają wobec siebie plany i wspólne cele – indywidualne i klubowe. Na rynku nie ma realnej alternatywy na piłkarskiej i marketingowej płaszczyźnie. Przynajmniej do czasu ery Neymara.

A i byłbym zapomniał o najważniejszym pytaniu rewolucji: Kto będzie tym nowym napastnikiem Realu? Wciąż Cristiano, a może Icardi, Lewandowski, Kane, Salah – ceny od 110 do 240M€. Jeśli kwiat w tyłku (już nie Zizou) znowu zakwitnie – powinno się udać. Czas na odmłodzenie ataku i pożegnanie BBC. Nawet jeśli wynik finału LM w Kijowie mówi coś zupełnie innego.

Udostępnij
  • 82
  •  
  •  
  •  
  •  

Musisz Przeczytać