Iniesta. El Artista

Iniesta. El Artista

Blady. Wręcz przejrzysty. Tak cichy, że aż zimny. Szczery, jak każda łza, która ciekła mu po policzkach w dniu rozstania. Każda szczera łza wylana z radości przez cules na Stamford Bridge i 47 milionów Hiszpanów 11 lipca 2010. Andres Iniesta mówi, że mija jego futbol w Barcelonie, ale zostają ludzie. A ludzie pamiętać i podziwiać klasę Don Andresa będą zawsze. Bo nikt nie połączył tak piłkarskiej Hiszpanii jak on. Bez podziału na barwy, szaliki, bez cienia wątpliwości. Kochany przez swoich, szanowanych przez rywali.

Andresinho

Zbyt łatwo popadamy w nawyk porównań. W geniuszu szukamy punktu odniesienia. Ponadczasowego, ponad podziałami i dyscyplinami. Talent chcemy słyszeć w nutach Mozarta, chcemy opisać go wersami Szekspira, wymalować abstrakcją Kandinskiego. Ale z drugiej strony sztuka już tak ma. Najpierw wszyscy próbują ją zinterpretować, a później wstawić do muzeum i zacząć porównywać. Dla Andresa Iniesty zarezerwowałbym oddzielną salę. Za swoją wyjątkową umiejętność zatrzymania czasu i zawładnięcia przestrzenią.

Oglądając grę Iniesty w ostatnich 10 latach miałem wrażenie, że nie porusza się po boisku. On nad nim lewituje. Delikatnie, płynnie, z piłką idealnie przyklejoną do prawej stopy. Andres ma ten dar od Boga, że potrafi wybrać odpowiedni moment na pauzę, przyciągnięcie rywala, zwód i dalsze prowadzenie piłki lub zabójcze prostopadłe podanie. Proste. Ale już Cruyff mówił, że „w piłę gra się prosto, ale niewielu umie grać prostą piłkę”. Andres to potrafi, a przy tym zawsze daje od siebie szczyptę magii. Przypomina ruchami łyżwiarza. Choć wszyscy widzą w nim, otoczonego przez rywali, bajkowego Tsubasę. A on przecież w Barçy zawsze miał rolę pomocnika Misakiego. I czuł się w niej idealnie.

Iniesta tsubasa

Są topowi piłkarze którzy przesądzają mecze golami, są też taktyczni żołnierze, są wirtuozi i inni czarodzieje. Są piłkarze, którzy szukają fleszy, prężą mięśnie, skandalizują słowami i gestami, czasem farbują włosy. I przekuwają uszy. Jedni nudzą się na Instagramie, drudzy wydają pieniądze, jeszcze inni zostają marketingowymi ikonami. W futbolu jest miejsce dla wszystkich. Ale nie dla wszystkich futbol zarezerwował to samo miejsce. Iniesta siedzi w nim w pierwszym rzędzie. Sergio Ramos twierdzi, że gdyby Andres miał na imię Andresinho, siedziałby na tronie z dwoma Złotymi Balonami. Ale Inieście nigdy nie chodziło o spacerowanie po czerwonym dywanie w Paryżu i Nyonie. „France Football” nie musi go za nic przepraszać. On zawsze chciał być zapamiętany tylko i aż jako „bardzo dobry piłkarz i bardzo dobra osoba”. A czy był najlepszy, trzeba byłoby zapytać samą… piłkę. Czy ktoś traktował ją z większą elegancją i taktem niż Don Andres.

Iniesta jest „The Best”, bo nie ma piłkarza na świecie (poza Amorebietą), który nie byłby jego przyjacielem, admiratorem talentu. Bez choćby jednej czerwonej kartki, bez choćby jednego konfliktu. Iniesta jest „The Best” bo szanują i na stojąco oklaskują go kibice Realu Madryt, Espanyolu, Juventusu, United czy Bayernu. Bo po mundialu w RPA co weekend dostaje Złotą Piłkę uznania na wszystkich stadionach Hiszpanii (poza San Mames). 8 lat szpaleru. Od Wysp Kanaryjskich po Katalonię, od Galicji po Andaluzję. Nikt nie zjednoczył opinii całej futbolowej panoramy, jak zrobił to Iniesta. Tego trofea nie przyznają w populistycznym głosowaniu. W tym głosowaniu nie ma innego kandydata. Ja, a mieszkam w Hiszpanii już 7 lat, go jeszcze nie widziałem.

Iniesta należy do wszystkich

22 lata w Barcelonie, 16 w pierwszej drużynie. 674 mecze, 32 trofea, 57 goli. To nie liczby zapewnią wieczność Andresowi. Za liczby chcieliśmy go karnie wymazać z większości Jedenastek Roku UEFA i FIFA (jest w niej nieprzerwanie od 2009). Te przeklęte statystyki. Z nimi sztuka Iniesty poradziła sobie również. Artysty nie ceni się za samą liczbę namalowanych obrazów, skomponowanych utworów czy napisanych wierszy. Przechodzi do historii za niepowtarzalność nuty, kreski, wersu… Wieczności u Andresa trzeba szukać w futbolowych imponderabiliach. Momentach, gestach, subiektywnych wrażeniach wyjątkowości. Albo słowach, które po ogłoszeniu przez 33-latka końca kariery w Barçy, wypowiedzieli najwięksi w tym sporcie.

Zidane twierdzi, że jest „fanem futbolu Iniesty, bo nie należy on tylko do Barçy – jest majątkiem całego futbolu”. Guardiola uważa, że Iniesta pozwolił mu lepiej zrozumieć piłkę nożną. Każdy piłkarz w przypływie etosu zamieścił w piątek i sobotę w mediach społecznościowych dziękczynną wiadomość: „Panie Andres. To był przywilej grać z tobą, lub przeciwko tobie”. Najbardziej urzekł mnie jednak tweet Claudio Marchisio z Juventusu. Po hiszpańsku:

Widzisz jak przyjmuje piłkę i myślisz, że coś cudownego może się zaraz wydarzyć. Czy właśnie nie dlatego zakochujemy się w piłce nożnej? Jesteś tym wszystkim, o czym dziecko marzy, kiedy dostaje swoją pierwszą piłkę. Dziękuję za tę piękną historię”.

Uznanie kolegów po fachu jest nieocenione, ale te neutralnych fanów zabierasz ze sobą na całą życiową podróż. Po dwóch pierwszych, absolutnie genialnych meczach Iniesty na Euro 2016 pewien Meksykanin nie wytrzymał. Dał upust swoim emocjom na Facebooku:

Nie jest Brazylijczykiem ani Argentyńczykiem. Nie jest wysoki ani przystojny. Już dawno zaczęły wypadać mu włosy, a te kilka które mu zostało, pokryły się siwizną. Nigdy nie nakręci reklamówki w bieliźnie. Nigdy nie będzie autorem szokujących wypowiedzi. Nie robi „bicicletas”, „rabonas”, nie przesadza z zagraniami piętą. Nie walczy z mediami. Nie strzela goli. Nie bije się z innymi piłkarzami, nigdy nie udaje, że został uderzony. Kiedy strzela gola, który daje Hiszpanom mistrzostwo świata, dedykuje go zmarłemu przyjacielowi z przeciwnej drużyny. Nie jest z miasta pełnego szyku, jest z miasteczka pod Albacete. Niestety ludzie nie mają pojęcia o piłce, tak jakby liczył się w niej tylko indywidualne osiągnięcia. Gole, Złote Buty, Złote Piłki… Ten pan jest zdolny tworzyć styl gry, dzięki któremu funkcjonuje 10 pozostałych piłkarzy. Swoją grą ulepsza resztę.

Jak on sam zwykł mówić – Nie gram, żeby być najlepszym, ale żeby się tą grą cieszyć i dawać radość innym. Dla mnie, bez cienia wątpliwości, najlepszy na świecie. Don Andres Iniesta.

Andres rzeczywiście nie farbuje sobie włosów, bo nie pamięta kiedy je ostatnio miał. Szybko wyłysiał, jeszcze szybciej osiwiał. Jest w hiszpańskiej, południowej świadomości i kultu męskości (coraz częściej piękności) najbardziej wrażliwym okazem kruchego bohatera kreskówek. Caspera, Tintina, chłopca w ciele mocno dojrzałego mężczyzny. 12-letniego chłopca, który dzień przed zatrudnieniem Wengera w Arsenalu (17 września 1996) wybrał się z rodzicami w podróż Opelem Kadettem z Fuentealbilli do Barcelony. Do La Masii. Głowę miał pełną marzeń gry i sukcesów w ukochanej Blaugranie. Serce było jednak przy rodzinie. Przy placu pod barem mamy gdzie kopał piłkę z kuzynem Manu i kumplem Julianem. Raz chciał być Laudrupem, innym razem Guardiolą lub De La Peñą. Kiedy dostał się do szkółki Albacete Balompie i zaczął siać swój niespotykany talent podczas letnich turniejów młodzików Brunete pod Madrytem, zrozumiał, że może osiągnąć w futbolu wszystko, co sobie zamarzy. Iniesta chciał triumfować w Barçy, ale rozłąkę z rodziną opłacił litrami łez. Rodzinny chłopak, który odchodzi do Chin lub Japonii, żeby rozwijać rodzinny biznes – Bodegę Iniesta.

Mój pierwszy dzień w Barçy, to najgorszy dzień w moim życiu – zwierza się Iniesta w swojej biografii „La jugada de mi vida” autorstwa Ramona Besy i Marcosa Lopeza.

Iniesta nigdy nie zdradzał emocji na boisku. Ale w środku zawsze mocno przeżywał ważne dni w swojej karierze. Na debiut juniorach młodszych Barçy zaspał (później bez śniadania wpił 4 z 8 goli Cino Copas). Na trening przed debiutem w I drużynie w meczu z Brugge przez szlaban na Camp Nou musiał przewieźć go Luis Enrique. Zagubiony nie był tylko na boisku.

Tęsknotę za domem ulżyli Andresowi – Valdes, Puyol i Xavi. Całej trójki nie ma już w Barcelonie. Zostali: Messi, Pique, Busquets i Alba. Przyjdą nowi, ale FC Barcelona nie wyłowi szybko z La Masii tak utalentowanej i wpływowej generacji piłkarzy. Guardiola na pierwszym treningu Iniesty z Barçą w 2001 miał powiedzieć Xaviemu do ucha: „Ty, Xavi, zajmiesz moje miejsce, ale ten chłopak, który przyszedł dziś na trening, wyśle na emeryturę nas obu”. Andres odniósł sukces mimo fizycznej niedoskonałości i ogromnej wrażliwości. Gdybyś spotkał go na ulicy i nie wiedział kim jest, pomyślałbyś z pewnością: chłop rozwozi pieczywo, pracuje w żelaźniaku, sprzedaje warzywa. Sąsiad z osiedla. Zwykły, skromny gość. Tak jak posumował go Pique:

Patrzysz na Andres i myślisz: ani nie jest szybki, ani wysoki, nie strzela goli. Ale ma w sobie to coś niewidzialnego w metrykach i statystykach, co czyni go wyjątkowym piłkarzem

Iniesta jest wzorem, modelem do naśladowania. Dla tych wszystkich skromnych, kruchych dzieciaków, których talent w młodym wieku oddziela od rodziny i sami muszą znaleźć w swojej słabości i krytyce otoczenia – ogromną siłę do rozwoju. Do wejścia na sam szczyt.

Iniesta de mi vida

116 minuta. Johannesburg. Finał MŚ 2010 z Holandią. „Byliśmy tylko ja i piłkę. Ciężko jest usłyszeć ciszę, ale ja w tamtym momencie usłyszałem ciszę. Wiedziałem, że piłka wpadnie do siatki”. Iniesta, który w swojej długiej karierze zamiast gola, zawsze szukał partnera, strzelił tego najważniejszego w życiu 47 milionów Hiszpanów. Rok wcześniej przeszedł do historii Barçy, bo dzięki Iniestazo z Chelsea, zaczęła się era Guardioli. Znowu zawładnął czasem i przestrzenią.

Był w najważniejszym momencie, w najważniejszym miejscu. Nie poddał się kiedy Rexach, Van Gaal a nawet Rijkaard w Inieście najpierw widzieli kruchość fizyczną, a dopiero później talent limitowanej edycji. Przegrywał rywalizację z Van Bommelem i Edmilsonem, przegrywał z ciągłymi kontuzjami mięśnia dwugłowego. Przed mundialem w RPA odniósł 4 poważne kontuzje uda. Był na skraju załamania psychicznego. Z depresji wyciągnęli go fizjoterapeuci – Emili Ricart z Barçy i Raul Martinez z reprezentacji. Pomogła terapia z DVD – sceny największych porażek i sukcesów Federera, Alonso, Manela Estiarte i samego Iniesty. Andres uwierzył w siebie, znalazł słaby punkt w swojej głowie i mięśniach.

Futbol odda ci wszystko, co zabrał, jeśli pracujesz, wierzysz i czujesz tę grę. Jeśli żyjesz dla niej – mówi Iniesta w swojej biografii.

Po zwycięskim golu z Holandią, komentujący spotkanie Jose Antonio Camacho wykrzyczał słynne: „Iniesta de mi vida”. 16 lat po tym jak Camacho po raz pierwszy zachwycił się Iniestą w turnieju Brunete. „Mój, ukochany Iniesta” trafił do potocznego języka Hiszpanów. I zostanie w nim na zawsze. Bo to jest szczere, jak podkoszulek z dedykacją dla tragicznie zmarłego przyjaciela z Espanyolu: „DANI JARQUE, NA ZAWSZE Z NAMI„. Szere jak słowa Andresa podczas pożegnalnej konferencji prasowej: „Odchodzę, bo nie mogę Barcelonie więcej zaoferować – fizycznie i mentalnie. Nie wybaczyłbym sobie gorszego Iniesty w klubie, który dał mi wszystko”. Nikt, kto oglądał finał Pucharu Króla z Sevillą nie widział gorszego Iniesty. Widział jednego z najlepszych w historii. Znowu strzelającego golu. I to jakiego. Iniesta nie odchodzi jak Valdes czy Puyol po ciężkich kontuzjach. Nie zgasł również tak bardzo jak Xavi. Wciąż robi na boisku rzeczy, zarezerwowane tylko dla niego.

Zasłużył sobie na decydowanie o swoich ostatnich latach kariery. Miał prawo powiedzieć: kiedy, gdzie i jak. Na jego zasadach. Na szycie. Z ligowym i pucharowym dubletem pod pachą. Odejście Iniesty jest ogromną stratą dla Barcelony, Hiszpanii i Europy. Nie mówi: „Adiós”, żegna się „Hasta luego”. Jak już sprzeda 6 milionów butelek tinto i blanco, to wróci do klubu z Xavim. Tak podobnym na boisku, tak odmiennym poza nim. Nieodłączni chorąży stylu Barçy Guardioli i Hiszpanii Del Bosque. Długo przekonywali do swojego futbolu, aż futbol przekonał do Iniesty i Xaviego – całą resztę.

To, co ludzie widzą w Andresie bez piłki, to wychowanie rodziców. To, co ludzie widzą w Andresie z piłką to sztuka. A sztuka nie odchodzi do Chin. Spuścizna zostaje w pamięci. Na zdjęciach i filmach. We wspomnieniach. Zostaje w muzealnej sali. Ja do niej wszedłem już dawno. Czekamy na drugiego Iniestę. Nie. On jest nie do podrobienia.

Gracias Andres.

Udostępnij
  • 248
  •  
  •  
  •  
  •  

Musisz Przeczytać